Najpierw był kurz.
Gęsta, rozpaczliwa chmura przesuwała się wzdłuż drogi, jakby ziemia uciekła.
A potem narzekanie.
Ostry, niekontrolowany dźwięk.
I wtedy zobaczyłem wyraźnie.
Biały koń.
Poza kontrolą.
Z zagubionym spojrzeniem i krwią na szyi, gdzie uzda przecięła mu skórę.
A z tyłu.
Mój Boże.
Podeszła do niej od tyłu.
Przywiązany w pasie do krzesła grubą liną.
Jej ciało podskakiwało na skałach, sukienka była podarta, skóra łuszczyła się z rąk i nóg.
To nie była krótka sesja zdjęciowa.
Tak było przez jakiś czas.
Było to widoczne w brudzie przyklejonym do włosów.
Sposób, w jaki ledwo mógł podnieść głowę.
Nie myślałem.
Nie obliczyłem tego.
Wbiłem pięty w boki Trueno.
“Chodźmy!” krzyknąłem.