Kobieta z biura, starszy pan z ogrodu botanicznego i fotograf. Stali na chodniku, patrzyli w górę i robili zdjęcia. Ja stałem na balkonie z konewką w ręku, jakbym podlewał, ale w rzeczywistości moje ręce drżały.
Wyniki dotarły pocztą w pierwszym tygodniu czerwca. Biała koperta z herbem miasta. Pierwsza nagroda. Przeczytałam list trzy razy, bo nie mogłam uwierzyć. Potem zadzwoniłam do Danuty i rozpłakałam się.
Wywiesili zdjęcie mojego balkonu w gablocie przed biurem przy głównej ulicy. Obok wisiał certyfikat z moim imieniem i nazwiskiem. Dołączony był nawet krótki tekst: „Pani Lucyna pielęgnuje swoje pelargonie od trzydziestu lat i dzięki temu stworzyła jeden z najpiękniejszych balkonów w mieście”.
Nie dzwoniłem do Grzegorza. Nie było potrzeby – usłyszał to od sąsiada, który zamieścił ogłoszenie w grupie sąsiedzkiej. Zadzwonił tego samego wieczoru.
„Mamo, widziałam to na Facebooku. Gratulacje. Naprawdę super.”
„Super”. Henryk mówił: „Widzisz, mówiłem”. Grzegorz mówił: „Super”. Tak czy inaczej, przyjąłem to.
A w sobotę przyjechała Patrycja.
Nie z Grzegorzem – sama. To mnie zaskoczyło, bo Patrycja nigdy nie przychodziła sama. Zawsze z synem, jakby potrzebowała tłumacza albo świadka. Tym razem pojawiła się w drzwiach z pudełkiem ciastek z cukierni i tym swoim uśmiechem, który nauczyłam się odczytywać jak barometr przez osiem lat.
„Pani Lucyno, przyniosłam sernik, bo chciałam porozmawiać”. Usiadła w kuchni, spojrzała przez okno na balkon i powiedziała: „Właściwie chciałam zapytać, skąd pani bierze te sadzonki. Kupiliśmy z Grzegorzem nowy system do donic balkonowych i pomyślałam, że pelargonie będą ładnie wyglądać”.
Spojrzałem na nią i nie wiedziałem, co czuję. Złość? Trochę. Satysfakcję? Trochę. Smutek? Chyba najbardziej. Bo osiem lat komentarzy nie znika z powodu jednego dyplomu w gablocie. A jednak – siedziała w mojej kuchni i prosiła o sadzonki. Nie lawendy, nie traw ozdobnych. Ale pelargonii.
Mógłbym jej powiedzieć wiele rzeczy. Mógłbym jej przypomnieć o cmentarzu, o mojej babci, o sentymentalizmie. Mógłbym zapytać, jak dawno temu „kwiaty cmentarne” nadal nadawały się na jej nowoczesny balkon.
Zaparzyłam herbatę. Wyjęłam notes, w którym od lat zapisywałam gatunki i daty sadzenia. I zaczęłam tłumaczyć, jak przycinać pelargonie jesienią, żeby wiosną wypuściły nowe pędy.
Patrycja słuchała. Po raz pierwszy od ośmiu lat naprawdę słuchała.
Nie wiem, czy to początek czegoś nowego między nami. Nie wiem, czy za miesiąc znów usłyszę cokolwiek o cmentarzu. Ale jedno wiem na pewno: tego wieczoru, kiedy Patrycja wychodziła z notatkami w telefonie i obietnicą odbioru sadzonek w sierpniu, siedziałam na balkonie wśród pelargonii. Był ciepły czerwcowy wieczór, w powietrzu unosił się zapach kwitnących lip w ogrodzie, a z otwartego okna sąsiadów dobiegała stara piosenka.
Myślałem, że Henryk się uśmiechnie. I że może nie chodziło o wygrywanie meczów. Może chodziło o ciągły rozwój – niezależnie od tego, kto oglądał i co mówił.