Przez dwadzieścia pięć lat Margaret znana była przede wszystkim z jednej rzeczy: swoich niewiarygodnie długich włosów.
Jej włosy sięgały daleko za kolana, były gęste i naturalnie srebrzyste, powiewały na wietrze, gdziekolwiek się pojawiła. Przyjaciele, sąsiedzi, a nawet zupełnie obcy ludzie często podchodzili do niej, by je podziwiać. Niektórzy uważali je za piękne, podczas gdy inni zastanawiali się, jak udaje jej się tak o nie dbać każdego dnia.
Większość ludzi nie wiedziała, że Margaret nie zawsze zamierzała mieć tak długie włosy.
Gdy miała niewiele ponad trzydzieści lat, krótko po rocznicy ślubu z mężem Robertem, postanowiła zapuścić włosy „na jakiś czas”. Początkowo było to tylko osobiste wyzwanie. Ale z biegiem lat ich przycinanie stało się mniej ważne. Zanim się zorientowała, włosy stały się częścią jej tożsamości.
Przez dziesięciolecia Margaret wypracowała kompleksowy plan pielęgnacji. Mycie nie było czymś, co mogła zrobić w kilka minut. Często zajmowało jej to prawie godzinę, a potem kolejną godzinę, aby pozwolić włosom wyschnąć na powietrzu. Szczotkowanie wymagało cierpliwości, a stylizacja zazwyczaj ograniczała się do warkoczyków lub prostych koków, ponieważ ciężar włosów sprawiał, że skomplikowane fryzury były niewygodne.
Robert podziwiał poświęcenie swojej żony, ale zauważył również, ile pracy ją to zaczęło kosztować.
„Wiesz” – mawiał z uśmiechem – „byłabyś tak samo piękna z krótszymi włosami”.
Margaret by się śmiała.
Mam to już od tak dawna. Czemu miałbym przestać teraz?
Rozmowa stała się żartobliwą tradycją w ich małżeństwie. Co kilka miesięcy Robert ostrożnie proponował nową fryzurę, a Margaret za każdym razem grzecznie odmawiała.
„To część mnie” – odpowiadała.
Lata mijały.
Ich dzieci dorosły, założyły własne rodziny i często żartowały, że babcia zasługuje na własne krzesło przy stole w jadalni.
Wnuki uwielbiały patrzeć, jak zaplata warkocze.
Sąsiedzi rozpoznali ją z daleka dzięki długiemu, srebrnemu warkoczowi, który opadał jej na plecy.
Stało się to jej znakiem rozpoznawczym.