Myślałam, że na tym się skończy, ale w oczach Maxa coś błysnęło: ostry, niemal rozczarowany błysk. Skinął głową, ale nie wyciągnął ręki, nie pocieszył, nie powtórzył, jak bardzo mu przykro. Po prostu milczał.
W ciągu następnych kilku dni ta cisza pogłębiała się, stając się coraz zimniejsza. Max prawie się nie odzywał. Krążył po domu, jakby wykonywał swoje obowiązki, unikając mojego wzroku i odpowiadając lakonicznymi, jednowyrazowymi odpowiedziami. Początkowo próbowałam to sobie racjonalizować: żałoba różnie wpływa na ludzi, powtarzałam sobie. Starałam się być cierpliwa, a nawet miła.
Ale im więcej czasu mijało, tym bardziej to stawało się jasne:
dystans, jaki przemierzał Max, nie wydawał się bólem.
Czuł się, jakby kalkulował.
Potem nagle poprosiła o rozwód.
Nie prosił o rozmowę. Nie próbował niczego wyjaśniać. Po prostu położył dokumenty na kuchennym stole, jakbym sortował pocztę. Wpatrywałem się w kartki, zdezorientowany, otępiały i zawstydzony, bo w głębi duszy wciąż miałem nadzieję, że to pomyłka.
„Co to jest?” zapytałem, chociaż odpowiedź była już widoczna gołym okiem.
„Tak jest lepiej” – powiedział, unikając spojrzenia mi w oczy. „Nie jesteśmy już… kompatybilni”.