Nie rób tego” – wyszeptała Zainab, gdy posłaniec odszedł, by zabrać pacjenta. „Rozpoznają cię. Zabiorą cię na szubienicę, jak tylko jego stan się ustabilizuje”.
„Jeśli tego nie zrobię” – odpowiedziała Yusha, a jej głos był zachrypnięty i chrapliwy – „zabiją nas teraz oboje. A co gorsza, Zainab, jestem lekarzem. Nie mogę pozwolić, żeby ktoś krwawił na deszczu, trzymając igłę w ręku”.
Wnieśli młodego mężczyznę – młodzieńca, który miał zaledwie dziewiętnaście lat, z twarzą poszarzałą od postrzału, z ropiejącą raną odłamkową na udzie, pochodzącą z wypadku na polowaniu. Zapach gangreny wypełniał czyste, pachnące ziołami pomieszczenie, niczym mdły napływ z umierającego świata.
Jusza pracował w gorączkowym transie. Nie skorzystał z niego.
Posłaniec spojrzał na śpiącego chłopca – dziedzica prowincji, ocalonego przez człowieka, którego skazali. Spojrzał na Zainab, która stała jak wartownik, z niewidzącym wzrokiem wpatrzonym w posłańca, jakby widziała zgniliznę nawet w jego duszy.
„Mój pan to okrutny człowiek” – powiedział cicho posłaniec. „Jeśli powiem mu, kim jesteś, skazuje cię na śmierć, by ratować własną dumę. Nie może zawdzięczać życia syna mordercy”.
„Więc dlaczego zostałaś?” zapytała Zaïnab.
„Bo chłopiec” – powiedział posłaniec, wskazując na łóżko – „nie jest jak jego ojciec. Mówił o „aniele”, dryfując. Ma serce, którego miasto jeszcze nie zahartowało”.
Posłaniec wyciągnął rękę i wziął srebrny skalpel ze stołu. Nie użył go na Yuszy. Zamiast tego podszedł do ognia i wrzucił go w rozżarzone węgle.
„Doktor nie żyje” – powiedział posłaniec, patrząc Juszy w oczy. „Zginął w pożarze lata temu. Ten człowiek to po prostu żebrak, któremu poszczęściło się z igłą. Powiem gubernatorowi, że znaleźliśmy wędrującego mnicha. Do południa nas nie będzie”.
Kiedy samochód w końcu odjechał, zostawiając głębokie koleiny w błocie, cisza, która powróciła do domu, była inna. Nie była to już cisza spokoju, lecz cisza rozejmu.
Malik, ojciec Zainab, obserwował odjazd z drzwi małej szopy, w której teraz mieszkał. Widział królewski herb. Widział dłonie lekarza. Zbliżał się do głównego domu, jego chód był żałosną mieszaniną.
„Mógłbyś negocjować” – syknął Malik, docierając do ganku. „Mogłeś poprosić o zwrot swojej ziemi. O zwrot mojej ziemi! Trzymałeś życie jego syna w swoich rękach i pozwoliłeś mu odejść za nic?”
Zainab zwróciła się do ojca. Nie musiała go widzieć, żeby poczuć skostniałą chciwość emanującą z jego porów.
„Nadal nie rozumiesz, Ojcze” – powiedziała głosem jak zimny dzwonek. „Dobry interes to taki, który zawierasz, ceniąc rzeczy. My cenimy nasze życie. Dziś kupiliśmy milczenie życiem. To jedyna waluta, która ma znaczenie”.
Czytaj więcej na następnej stronie.